środa, 12 marca 2014

ZDJĘCIA NIEWYWOŁANE




Są takie sytuacje i takie miejsca, gdzie jeśli nawet ma się aparat pod ręką, to i  tak serce widzi więcej niż piksele, czy klisza zdołają uchwycić... I to właśnie te momenty, choć nigdy nie wywołane, zostają zapisane na zawsze...
                Aparat miałam pod ręką całą drogę, poniekąd dlatego, żeby go nie stracić, a po trosze dlatego, że spodziewałam się tego, że to co zobaczę po drodze do Bouar, będzie warte uwiecznienia... Ale nie skorzystałam z okazji, bo część z tych widoków chyba każdy chciałby jak najszybciej zapomnieć, a druga  część jest jak misterium, sacrum, które piksele tylko zbezczeszczą...
                Postaram się ująć, je w "Słowa", bo przecież u początku wszystkiego było SŁOWO...
                Konwuj ciężarówek, ochraniany przez żołnierzy MISCA został zatrzymany w Yaloke, tam też francuskie oddziały ochraniały sporą grupę Muzułamnów, którzy potem zostali rozmieszczeni w konenerach, które przewoziły samochody i inny towar do sąsiedniego Camerunu, Ich nowej ziemi egipskiej. Wśród ludzi, którzy przyglądali się załadunkowi, byli Ich Sąsiedzi, z którymi do tej pory dzieli swoje codzienne radości i smutki... Bliscy, którzy w jednym momencie, jak za sprawą złego zaklęcia stali się dalecy i nie wiedomo, jak daleko sięga to spojrzenie nienawiści... Na poboczu były hałdy niedopalonych rzeczy, które były własnością Muzułmanów, ogień nienawiści, nie zdołał strawić ich do końca... Pomiędzy butami nie do pary, strzępami ubrań, plastykowych pojemników, leżały kartki Koranu, Słowa Boga dotykające ziemi, na której żyły Jego dzieci, podeptane, zagłuszane krzykiem złości... Podniosłam jedną kartkę i choć nie rozumiem ani jednego Słowa, które  jest na niej zapisane, wierzę, każdemu z tych Słów, bo wypowiedział Je Nasz Bóg...
                Noc w kontenerze, może być najpiękniejszą nocą w życiu, pomimo iż żadna z gwiazd tej nocy nie świeciła jasno... mimo tysiąca ludzi tak samo wystraszonych i śpiących na tej samej zimnej, zakurzonej podłodze kontenera... to nie jest miejsce w którym można odpocząć, nabrać nowych sił do walki, odbudować nadzieję potrzebną do  życia... ale jest to miejsce w którym możesz spotkać Boga i w którym On sam jeden wystarczy... Rano jeszcze przed wschodem słońca nie znając rozkazów wojskowych dotyczących trasy, usiadłam z brewiarzem i odmawiałam jutrznię na przeciw 3 modlących się Muzułmanów, a Pan przechodził w lekkim powiewie wiatru, a Jego Duch unosił się nad ziemią, w którą w ostatnim czasie wsiąkło tyle kropli krwi i łez...
                Wiem już dlaczego inspiracją dla tak wielu poetów były zgliszcza powojenne... Moje serce jest smutne, moja Afryka, która do tej pory rozbrzmiewała śmiechem dzieci, gwarem rynku,rytmami tamtamów i trzaskiem drzewa z ognisk,  umilkła... niesłychać już nawet wołania o pomoc i nawet płacz umilkł... Serce, które bije coraz ciszej... A po drodze mija się miejsca, w kórych  już wypalali trawy, takie  normalne pogorzeliska w porze suchej, a zaraz obok, kilka kroków dalej pogorzelisko po wiosce, bo byli ludzie, którzy pozwolili na to by  w ich sercach też zapanowała  pora sucha, ale nie taka w której brakuje deszczu,,, tylko taka  w której brakuje miłości... Gdy w sercu jest wojna, nawet wypalane trawy pachną inaczej, a ptaki  nie mają siły uciekać przed ogniem...